|
wtorek, 29 czerwca 2010
No to jestem z powrotem. Nadal trudno mi w to uwierzyć, kiedy chodzę po ulicach Warszawy, że moja przygoda się już skończyła. Było świetnie. Momentami czas się wlókł, ale w ogólnym rozrachunku zleciało migiem - widać po Kindze. Wróciłam mądrzejsza i pewniejsza siebie. Jakby wcześniej brakowało mi pewności siebie! Już na lotnisku poczułam przypływ narodowej ksenofobii i obniżenie tolerancji na różne dziwactwa. Troszkę też przeszkadza mi, że nagle wszyscy rozumieją, co mówię, bo troszkę nabrałam nawyku obgadywania bliźnich. Suuuper jest znów móc spotykać się ze znajomymi. Zmienili się. Niektórym urosły dzieci, innym włosy, a jeszcze innym ego. Są najwspanialsi:)
niedziela, 27 czerwca 2010
Zgubiłam różowe okulary
Lubię tą Amerykę, nawet bardzo. Szczególnie za jakość i ceny ubranek dziecięcych, szerokie miejsca parkingowe, margarita mixer, swobodną atmosferę na imprezach. Nie za bardzo przepadam za wszechobecną klimatyzacją, jakością manicure (Milena, wściekłabyś się), brakiem rodziny i przyjaciół, biurokracją gdzieniegdzie. Nie wyobrażam sobie, jak ktoś, na przykład ja, mógł marzyć, żeby mieszkać w takim mieście jak Nowy Jork. Na pewno jest to cudowne miejsce do robienia kariery i dużych biznesów, ale w życiu nie wzięłabym Kingi na spacer czy zakupy po tych brudnych i śmierdzących ulicach. To ciekawe jest bardzo, że kiedy przyjeżdżałam tu w czasach studenckich, sądziłam, że to raj na ziemi i centrum świata, niekończąca się impreza i pokaz mody. Teraz jestem trochę starsza i każda wyprawa do tak zwanego city jest dla mnie mordęgą. Ciągle ktoś na mnie wpada, popycha mnie, trąbi. Na dodatek, gdzie podział się cały ten hajlajf i faszynszoł? Widzę tylko ludzi nie umiejących żyć w zgodzie ze swoim zegarem biologicznym, getry na wielkich pupskach, rozdeptane klapki oraz torebki Louis Vuitton made in China. Z ulgą wracam na moje przedmieścia do białych domków i zielonych trawniczków oraz sztucznych uśmiechów sąsiadów :)
czwartek, 24 czerwca 2010
Mały atak paniki
Zostaliśmy z małżonkiem Kowalskim zaproszeni na raut do jego szefa. Po wcześniejszych podobnych doświadczeniach wprowadziliśmy w życię zasadę, że nie odwiedzamy tych państwa więcej, więc stanowczo acz uprzejmie szef został zawiadomiony, iż mamy inne zobowiązanie towarzyskie. Mąż mój nigdy nie grał w RPGi i po prostu jego kłamstwa mają zwykle bardzo krótkie nóżki, więc w pracy cały dzień się męczył, żeby nie pisnąć ani słówka i szło mu bardzo dobrze. Piątka z uśmieszkiem. Wieczorem mieliśmy poczucie udanego przekrętu i wygranego na loterii wolnego wieczoru, który we współpracy z Martą postanowiliśmy spędzić na małych zakupach i kolacji u Hindusa. Staliśmy już w progu, kiedy zadzwonił telefon domowy. Odebrała Kinga, która gada po angielsku coraz lepiej, a telefon ukochała szczególnie. Bardzo proprawnie i z super akcentem powiedziała: He can't. He's taking mommy shopping. To był R., zastępca szefa. Całą kolację mąż roztaczał przede mną najczarniejsze scenariusze będące konsekwencją jego kłamstwa. Szef pomyśli, że go nie lubimy, że go olewamy, że blablabla. Tak przez 2 godziny plus godzinę w nocy. Następnego dnia mój nerwusik poszedł do pracy jak na skazanie, pewien że go wyleją. No co za facet! Jakoś czułam, że nam się upiecze. Odebrało małe dziecko, mówiące po angielsku od niedawna. Poza tym mogło się wydarzyć milion rzeczy uzasadniających zakupy, np. wino przed imprezą, odwołana impreza, jakakolwiek awaria rodzinno/domowa. Ale mnie nie słuchał i zamiast kombinować dalej, ten panikował. I co? W pracy nikt się w niczym nie skapnął i tematu nie było. I tyle.
wtorek, 22 czerwca 2010
Kobiety są z Marsa, a mężczyźni skąd?
Mój mąż kochany należy do grona ludzi, którzy na pytanie "czy wyjąłeś pranie z suszarki?" odpowiada "nie" i dialog oraz cały temat w ogóle uważa za zakończony. Czy to jest normalne? Czy to nie jest oczywiste, że miał wyjąć, nie wyjął, przypominam mu, więc ma wyjąć teraz? No właśnie dla niego taka wymiana zdań oznacza "wie, że nie wyjąłem, to wyjmie sama". Jak to jest, że mówimy tym samym językiem ojczystym, o sprawie dość prostej i rutynowej, a rozumiemy to zupełnie inaczej. Gdyby on spytał "kochanie, czy kupiłaś mi piwo?" to ja doszłabym do wniosku, że prosił o piwo, a ja nie usłyszałam albo zapomniałam i od razu zaczęłabym kombinować, czego jeszcze brakuje, żeby kopsnąć się po to piwo, a ewentualnie jakie inne napoje mogę mu zaoferować. A co by się stało gdybym na pytanie "kochanie, czy kupiłaś piwo?" odpowiedziała "nie" i kropka? Nie wiem, wypróbuję przy najbliższej okazji.
piątek, 18 czerwca 2010
Języki nie obce
Uczymy się języków, Kinga w piaskownicy, ja w komputerze. Muszę pilnować, żeby była jeden język za mną, no nie. Ona się uczy kłócąc się o kolejkę do huśtawki, a ja gadając do monitora. Jedno i drugie z zewnątrz wygląda trochę durnowato, ale skuteczne jest diabelnie. Kinga to wiadomo, umysł ma jak gąbkę, więc jej wiele nie trzeba i lada moment zacznie mi pyskować. Ja jestem na etapie Mi familia oraz Mi casa, ale dzięki mojemu ekstra systemowi idzie mi sprawnie i też już niedługo zacznę rozstawiać mi familia po kątach mi casa en espanol. I lektora też mam, chłopak cud malina. Zawsze to dodatkowa motywacja :) To się po tutejszemu nazywa blended learning. Jak martini u Bonda, wstrząśnięte, niezmieszane. Poza tym wpakowałam się w malutkie kłopoty finansowe, bo posługiwałam się nierozważnie krajową kartą kredytową i teraz muszę ją spłacić z tutejszego konta. Jakoś drogo to będzie.
wtorek, 15 czerwca 2010
Sam na sam
Jestem przyzwyczajona do sam na sam z moją córką. Mąż od zawsze pracował od świtu do nocy, a ja trochę walczyłam o równy podział obowiązków przy dziecku, ale bez przekonania. Bo ze mną jest tak, że ja to lubię po prostu. Nawet czasem się cieszę, jak pada, bo to oznacza, że będę mieć Kingę tylko dla siebie. Oczywiście były takie momenty, że marzyłam o cofnięciu czasu i decyzji o dziecku, bo już nie dawałam rady. Na przykład, kiedy targałam 7 siatek z zakupami, listy ze skrzynki, wózek dla lalek z wypadającą lalką i akcesoriami, a stopami i kolanami delikatne popychałam Kingę w stronę domu, uważając żeby nie wybiegła pod samochód i na dodatek wypadały mi wtedy trzymane w zębach klucze. Zazwyczaj w takich momentach gwałtownie chce się siusiu. Wiedziałam, że puszczenie siatek spowoduje wypadnięcie zakupów i nie zbiorę tych wszystkich foliowych uszu do kupy, więc jedną nogę delegowałam do kopania kluczy i tak dopełzałam do drzwi mieszkania, gdzie rzucałam wszystko z hukiem i leciałam pędem do łazienki i dopiero potem zgarniałam wszytko za próg. A kochany mąż był w pracy, co ratowało mu życie, bo gdyby był w domu to oberwałby klapkiem za moje nerwy. Takie momenty były. Może ja jestem naiwna, daję się wykorzystywać i nie zachowuję się asertywnie. Może. Ale ja naprawdę lubię być mamą i pamiętam z czasów pracy na cały etat, który często był 1,5 etatu, bo kto liczy nadgodziny, że po powrocie do domu marzy się o chwili spokoju. Więc tak nieśmiało sugeruję, że może ojciec wracający po robocie nie musi od progu dostawać dziecka do obsługi? Co innego sprzątanie, ale o tym już było.
sobota, 12 czerwca 2010
Mroczna ja
Często się Wam zdarza, że aż ręka świerzbi i wymierzenie klapsa wydaje się najprostszym rozwiązaniem? Mnie często. Ja jestem nerwowa i niecierpliwa. Lubię mieć plan, nie lubię zmian w planie. Dlatego przedłużające się dyskusje na temat „nie włożę kurteczki”, „wszystkie kucyki muszą iść z nami na zakupy”, „kup mi 235 kucyka/908 syrenkę” wprowadzają mnie w stan podwyższonego wkurzenia. A że Kinga ma temperament po mamusi, to zwykle iskrzy i do awantury wiele nie trzeba. Najbardziej oczywistym sposobem wygrania i jednocześnie zakończenia dyskusji jest trzepnięcie po siedzeniu. Kuszące, hmm. Ciekawa jestem jak inne mamy opierają się tej pokusie. Niby wszystko oczywiste, przemoc jest zła, przemoc rodzi przemoc, dziecko trzeba szanować, dawać przykład, uczyć pokojowego rozwiązywania konfliktów. Ogólnie, kocham nie biję. Ale w stresującej sytuacji, gdy już jestem spóźniona, wkurzona i mam rozmazane oko, to naprawdę trudno znaleźć tą ulotkę i przeczytać sobie 10 zasad komunikacji bez przemocy. To jak sobie z tym radzicie? Mnie, jak rzucającego palenie, zwykle powstrzymuje myśl, że skoro 4 lata i 3 miesiące wytrzymałam bez bicia, to dam radę jeszcze 10 minut. Poza tym, jak już pokonam pokusę, biorę Kingę za ręce, patrzę jej w oczy i mówię, że mnie zdenerwowała i dlaczego, ale że teraz jest już w porządku. Przytulamy się i czuję, że postąpiłam właściwie.
czwartek, 10 czerwca 2010
A za moich czasów....
Rozmowy z Ewą nieodmiennie wywołują u mnie nawrotowe ataki sentymentalizmu, jak u starej ciotki klotki. Okres niemowlęctwa Kingi wspominam z wielkim rozrzewnieniem i zauważam, że powoli zapominam o niedogodnościach jakie mu towarzyszyły. A perypetie Marysi budzą wspomnienia! Na przykład takie banalne przewijanie. W pierwszych dniach i nocach niezwykle stresujące, bo to ciałko takie maleńkie i kruche, szybko marznie, a ten pępuszek-kikutek trochę przerażający. Potem krótki okres rutyny: rach-ciach i po sprawie. Wydawało mi się, że osiągnęłam mistrzostwo i tak już będzie. A tu bach, Kinga nauczyła się obracać na brzuch. Przewiń mnie, mamo, przewiń, ale ja sobie będę leżeć na żółwika, ok? Ledwo opanowałam ten kolejny stopień wtajemniczenia, a Kinga już siedzi i z błyskiem tryumfu w swoich wielkich oczach oznajmia, że siedzenie to jest to. Potem idzie już szybko. Przewijanie na stojaka jest względnie łatwe, gorzej wychodzi zmiana pieluchy u osobnika raczkującego, kroczącego czy wreszcie biegnącego. Ja tam wymiękłam i powiedziałam dosyć tego. Masz tu, panno nocnik i radź sobie!
poniedziałek, 07 czerwca 2010
I jeszcze trochę narzekania
Mieliśmy cudowny weekend. Leniuchowaliśmy umiarkowanie, spędzaliśmy czas aktywnie, pośmialiśmy się i obejrzeliśmy dobry film przy butelce wina. Taki film, co to nawet bez wina byłby dobry. Wierny ogrodnik. Popłakać sobie można i zadumać nad okrucieństwem świata i losu. Naprawdę lubię takie weekendy, a nie zdarzają się nam często z racji pracoholizmu męża i nerwowości żony. Tym razem plan peace, love & understanding zrealizowany na 100%. I jak to bywa po takich dniach, coś musi przestać się zgadzać. Uświadomiłam sobie że ostatnio coś często dopadają mnie melancholie, a mohito nie zawsze pomaga. Ludzi mi brakuje. Strasznie chce mi się pójść ze znajomymi do knajpy na dobrą kolację, albo zrobić grilla, albo pojechać do Six Flags wielką bandą z chmarą dzieci. Tak, tęsknię do tłumu znajomych twarzy i przyjaznego gwaru. Ech...
sobota, 05 czerwca 2010
Śledzik z ogórkiem
Stało się. Jak wcześniej Mickiewiczowi i Chopinowi, tak teraz mnie. Dopadła mnie tęsknota za krajem rodzinnym. Wiadomo, od samego początku tęsknię za przyjaciółmi i rodzicami. Nawet za moim mieszkankiem i jego zapachem, światłem popołudniowym w naszym salonie i ciasnymi szafkami w kuchni. A teraz pierwszy raz w życiu poczułam, że lubię mój kraj! Nie chodzi wcale o męczeńską historię czy bohaterską walkę blablabla. Bardziej o takie malutkie sprawy, jak truskawki przy drodze czy krzywe chodniki. Małe sklepiki, w których znam wszystkie produkty. Kaszę gryczaną czy jaglaną. Nawet polską muzykę czy seriale. No, uwaga, dotarłam do etapu absurdu i idealizowania. Czas się leczyć. Idę ugnieść trochę mięty na mohito. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Gary
Różne
Też matki
Tagi
|